w ręce psychopatów.

najszybciej zająć, a najlepiej gdzie zamknąć,
– Co ma pan na myśli? – zapytał łagodnie Quincy.
złotymi iskierkami i udał się prowadzić negocjacje osobiście.
kierunku Wyspy Rubieżnej.
A nam się wydaje, że oprócz tego chwalebnego dążenia do uratowania żywej człowieczej
ciało.
– „Głowa Holofernesa”? – Dama zmarszczyła nosek. – A jakiegoś innego nie ma, mniej
przy pawilonie zatrzymała się grupka niemłodych dam i zaczęła omawiać przyjazd
zdenerwowało ludzi. Na litość boską, Rainie, to moje miasto. Znam George’a Walkera.
go nie ima.
Quincy najwyraźniej nie był przekonany o winie chłopca.
brudu klapach paltota Podhoreckiego. Spływa
życia.
archijerej, któremu niby to bliżej było tutaj niż tym z Moskwy czy Petersburga, przez długie

Nawet o tym nie myśl.

– Więc tędy uciekł – oznajmił triumfalnie Sanders. – Szybko, niech ktoś sprowadzi psy.
oszołomioną, bladą twarz Danny’ego. Za późno zrozumiała swój błąd. Próbowała znowu się
powściągliwość proszę mi przynajmniej powiedzieć, kto jest tym szczęśliwcem. Komu

W tej chwili podłogę zaśmiecały puste kartonowe pudełka i sterty papierów.

Montoya domyślał się, że policja już pytała o Fernanda, więc wolał nie rzucać się w oczy.
Komórka na kartę jest nie do wykrycia.
znajomych Jennifer. Będzie musiał rozegrać to delikatnie. Nie chciał nikomu mówić, że

zrealizować plan z pobytem w hotelem, oczywiście nie w samym miasteczku, choć nie był

lateksowe rękawiczki, ochronne pantofle i czepek, pod którym schowała włosy. Caitlyn nie mogła w to uwierzyć. Nie chciała uwierzyć. Amanda, do której zwracała się po pociechę i radę. Więc to Amanda popełniła te wszystkie okrutne morderstwa? Amanda? Niemożliwe. Amanda też została zaatakowana. Ale przeżyła. Drzewo, w które uderzyła, było jedynym drzewem w okolicy. Mogła upozorować zamach na swoje życie. Nie, to szaleństwo! Caitlyn czuła pulsujący ból głowy. Nie mogła się ruszyć. Amanda spojrzała na nią i dopiero teraz Caitlyn zdała sobie sprawę, że jej starsza siostra, splatając czerwone i czarne nici, mówi do niej. - ...więc widzisz Caitlyn... a może Kelly? Czasami trudno was odróżnić. Kiedy tu przyszłaś, byłaś zdecydowanie Kelly. Co? Kelly jest tutaj? Gdzie? Amanda przyglądała się Caitlyn w zamyśleniu. - Musisz być Caitlyn, bo zdaje się, że nic nie rozumiesz. Nawet nie pamiętasz, że Kelly naprawdę nie żyje. Nawet nie wiesz, że czasami stajesz się nią. Słowa Amandy nie miały sensu, a mimo to, jakąś cząstką umysłu, Caitlyn musiała się z nią zgodzić. - Tak, Caitie-Did, jesteś wariatką. Siedzą w tobie co najmniej dwie osobowości. Kiedy myślisz, że jesteś Kelly, wyglądasz, jakbyś w to wierzyła. I jeszcze ten stary domek... Jezu, ten po drugiej stronie rzeki i te twoje zaniki pamięci. Dopadła cię klątwa Montgomerych. Nie wiedziałaś? Mylisz się, chciała powiedzieć, to ciebie dopadła. To ty jesteś szalona. To ty masz podwójną osobowość. Amanda i Atropos. - W każdym razie ci, którzy mieli zginąć, wszyscy pretendenci do fortuny Montgomerych nie zostali tak po prostu zabici. Ich śmierć była zawsze zaplanowana... starannie przygotowana. A wszystko to dzięki mnie. Bo ja jestem Atropos. - Zaczęło się od Parkera. Zabiłam go. Był moim pierwszym i to był... - Zręczne palce Amandy zatrzymały się na moment, gdy zaczęła się zastanawiać. - No cóż, to był właściwie przypadek. O Boże, Amanda zabiła małego Parkera. Caitlyn omal nie zwymiotowała. To było takie okropne. Takie dziwaczne. - ...Udusiłam go, gdy nikt nie widział. Dziecinnie proste - powiedziała Amanda, przypominając sobie zdarzenie z przeszłości. - I naprawdę wyświadczyłam wszystkim przysługę. Cały czas płakał, ciągle miał kolki i... był jak wrzód na tyłku. Wrzaskliwy, zepsuty bachor. Nie mogłam uwierzyć, że matka urodziła kolejne dziecko, po tym jak... No przecież wiesz, że Cameron, kochany tatuś, pieprzył się z innymi. A mimo to wciąż miał czas zrobić matce brzuch i spłodzić kolejnych Montgomerych. Amanda spojrzała na Caitlyn. - Możesz to sobie wyobrazić? Mieć dziecko z facetem, który pieprzy swoją przyrodnią siostrę? - Twarz Amandy spochmurniała, usta wykrzywiły się z obrzydzenia. - I to jeszcze nie wszystko. Copper też miała dzieci. Cameron nie potrafił utrzymać kutasa w spodniach. I nie miał zielonego pojęcia o antykoncepcji. Nasz ojciec był chorym sukinsynem. Umiał tylko płodzić kolejne dzieciaki. Z dwiema kobietami! Co za zwyrodniały dupek. Zasłużył sobie na śmierć. Przegryzła nitkę zębami i spojrzała z dumą na swoje dzieło.
– Nie, nie mówcie, rozmawiacie o moim ulubieńcu, naszym ekskoledze Ricku. –
zauważyła, że zrobił się spięty. - Znalazłem jej odręczne notatki, ale niekompletne. - Dziwne. Wyglądała na bardzo skrupulatną... zawsze wszystko wyjaśniała i uściślała... - Zapytam ją o to. - Będzie do ciebie dzwonić? - Mam nadzieję - powiedział, ale przez jego oczy przemknął cień. Caitlyn wyczuła kłamstwo. Nagle zrobiło jej się nieswojo. Co o nim wiedziała? - Notatki są chaotyczne i chciałbym wyrobić sobie własne zdanie. - Położył notatnik na biurko, pochylił się do przodu, splecione ręce zwiesił między kolanami. Patrzył na nią przyjaźnie i uwodzicielsko. Znów ten problem. Zawsze pociągali ją mężczyźni wprost stworzeni do tego, by ją ranić. Tak było z Joshem Bandeaux. - Posłuchaj, Caitlyn, jeśli nie odpowiada ci to, co tutaj robimy, myślę, że powinienem skierować cię do kogoś innego. Może będziesz się czuła swobodniej z kobietą. - Dlaczego? - Bo przyzwyczaiłaś się do Rebeki. Nie, nie będzie zaczynać od nowa. To takie trudne. Zresztą, czy chciała się do tego przyznać, czy nie, lubiła Adama. Czuła się przy nim bezpiecznie i pewnie. Idiotyczne, bo na dobrą sprawę, co o nim wiedziała? Aby się uspokoić, spojrzała na dyplomy wiszące na ścianach. Musiał zauważyć niezdecydowanie w jej oczach. - Chciałbym wiedzieć, o czym chcesz rozmawiać, co uważasz za ważne. Wiele się wydarzyło od czasu, kiedy ostatni raz widziałaś się z doktor Wade. Miał rację. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak prawdziwe były jego słowa. - Ale jeśli chcesz spotykać się z kimś innym... - zaproponował. - Nie - powiedziała szybko. Kolejny nieznany psychoterapeuta mógł być przecież gorszy, dużo gorszy i co wtedy? Potem następny, a potem jeszcze jeden. Prawie rok zajęło jej znalezienie Rebeki. Zdecydowała się na nią, bo wyczuła w niej autentyczne ciepło i życzliwość. Od razu na wiązała się między nimi nić porozumienia. Teraz Caitlyn czuła coś w rodzaju przywiązania do Adama. Wytrzyma. Przynajmniej na razie. - Kontynuujmy - powiedziała. - Chcę zrzucić z siebie ten ciężar. - Jeśli jesteś pewna... - Jestem - powiedziała, ale było to bezczelne kłamstwo. Już niczego nie była pewna. Ani jednej cholernej rzeczy. - W porządku, więc opowiedz mi o swojej babce, Evelyn. Adam uśmiechnął się uspokajająco, spojrzał na zapiski i podniósł notatnik. - Wspomniałaś o niej i o swoich zanikach pamięci niemal jednym tchem. - Tak - przyznała. - Miałam zamiar powiedzieć, że choć czasami nie pamiętam wielu rzeczy, to noc, kiedy umarła babcia, na zawsze pozostanie mi w pamięci. Byłam z nią wtedy w pokoju i spałam w jej łóżku. Obudziłam się, a ona leżała z otwartymi oczami, lodowato zimna. Patrzyła na mnie. Wpadłam w szał, dziki szał. Wrzeszczałam, płakałam i waliłam w drzwi, ale jej pokój znajdował się nad garażem, z dala od innych pokojów. Nikt mnie nie słyszał. - Ścisnęło ją w gardle i głos jej się załamał, gdy przypomniała sobie, jak kuliła się w pobliżu szafy, ssąc kciuk. - Przez długi, długi czas nikt się nie zjawił. Rozdział 15